Uważna relacja, czyli o tzw. relacjach romantycznych

„Ryzykowanie siebie w relacjach jest przerażającą propozycją” - John Welwood

Z dedykacją dla J.

Zapach jej/jego skóry. Dotyk. Spojrzenie. To uczucie. Stan narkotyczny. Psychoza. Uwaga i wizja świata zawęża się do tej jednej osoby. Dodatkowo aktywizują się „romantyczne mrzonki”, którymi karmi nas zwłaszcza zachodnia kultura. Że musimy z kimś być, że jest to dopełnienie nas, bo bez tej drugiej osoby nie jesteśmy przecież kompletni. Druga połówka wskazująca, że jesteśmy wybrakowani.



A gdy już z kimś jesteśmy, może pojawiać się lęk, zwłaszcza kiedy relacja staje się bardziej intymna, urealniona. Chcemy miłości, ale się jej boimy. Boimy się zranienia, boimy się powtórki historii naszych rodziców, przyjaciół, boimy się być pewni, boimy się stracić. I słusznie. To bowiem często w bliskich relacjach odtwarzane są nasze schematy emocji, myśli i zachowań, mimo że tyle terapii już przeszliśmy i byliśmy „wyleczeni”. W bliskiej relacji możemy też stracić. Już nie wszystko zależy tylko od nas samych. Musimy zatem oddać trochę swojej kontroli nad naszą codziennością. Może potrzebujemy też być bardziej dojrzali, bo jesteśmy odpowiedzialni już nie tylko za siebie samych. Istnieje cały rynek książek, szkoleń zajmujących się relacjami. Jednak żadna technika, żaden wielki ekspert nam nie pomogą odnaleźć „właściwej osoby” i być z nią w relacji. To już zależy od nas samych.

Trudno jest znaleźć „idealnego” partnera. W ilu relacjach już byliśmy? W której z kolei relacji jesteśmy? Tak bardzo chcemy być kochani, kochać, a jednak tak często wplątujemy się w relacje, w których nie jesteśmy szczęśliwi. Warto zadać sobie pytanie, za jaką miłością naprawdę tęsknimy? I co by ona nam naprawdę dała? Terapeuci Walser i Westrup zwracają tu uwagę na unikanie doświadczania (ang. experiential avoidance) oraz życie niezgodnie ze swoimi wartościami (ang. unlived values). Unikanie doświadczania odnosi się do nieumiejętności wyrażania swoich potrzeb, myśli, doświadczania emocji. Natomiast życie niezgodnie z wartościami odnosi się do bycia niespójnym: coś jest dla nas ważne, ale to ignorujemy.

Walser i Westrup mówią o tym, że często uważamy, iż dobra relacja powinna oznaczać wieczne poczucie szczęścia: jesteśmy szczęśliwi, ja, ty, nawet pies jest szczęśliwy! Prawdziwa i dobra relacja nie polega jednak na tym, żebyśmy czuli się szczęśliwi (a na pewno nie zawsze). Terapeuci ACT (terapia akceptacji i zaangażowania, jedna z tzw. terapii 3. fali terapii poznawczo-behawioralnych) mówią często o „pułapce szczęścia”. Może się zdarzyć, że odrzucimy dobrą relację, bo nie jest już tak narkotyzująca, bo pojawiają się także trudne emocje. Namiętność może być zdradliwa, bo możemy myśleć, że powinna cały czas mieć miejsce, do końca naszego życia. Ona jednak przychodzi falami. Często najtrudniej jest w przypadku relacji, które bardzo namiętnie się zaczęły, gdzie było bardzo dużo emocji. Oczekiwanie jest bowiem takie, że namiętność ta trwać ma dalej, zawsze i do końca. Jednak nawet jeżeli nie zawsze już jest tak namiętnie, to te pierwsze chwile świadczą o jej potencjale: indyjski poeta Kabir mawiał, że śmieje się z ryb, które czują pragnienie. Trzeba uważać, bo tzw. „tu i teraz” może być bardzo mylące i źle rozumiane: skupiamy się jedynie na przyjemności tu i teraz, nie rozszerzamy perspektywy. Nie zastanawiamy się nad przyszłością, nad różnymi okolicznościami dalszego wspólnego bycia, możemy też zapomnieć o całym psychologiczno-społecznym kontekście osoby, w której tak bardzo się zadurzyliśmy (czy też często po prostu w wizji tej osoby). Dyskomfort i ulga. To powoduje dobra relacja. Dyskomfort, bo będą się w niej objawiać różne sytuacje, bo będzie ucząca, powodować wzrost potencjału życiowego (również poza relacją). Ulga, bo czujemy się wspierani, emocjonalnie bezpieczni nawet, jeżeli nie zawsze zrozumiani.

Uważna miłość wymaga dużo mądrości i cierpliwości, jeżeli ma przetrwać dłużej niż jeden sezon (albo kontrakt na komórkę). Jak pisze para buddyjskich nauczycieli Pegg Rowe Ward and Larry Ward, już pierwszy rok zaangażowanej relacji może przynieść różne trudności, bo wiążemy się raczej z piękną wizją drugiej osoby. Na początku jest dużo wyobrażeń i namiętności. Ta osoba może zatem być jakimś obiektem naszych fantazji, a nie osobą z krwi i kości. Namiętność ta może trwać sześć miesięcy, rok, dwa. W miłości często pojawia się jednak próg. Nazywa się on rozczarowaniem, inaczej urealnieniem. Zaczynamy widzieć tę drugą osobę, widzieć ją naprawdę i to może być trudne: rozczarowanie nami samymi, drugą osobą, nami razem, wizją perfekcji. Rozczarowanie miłością może też jednak oznaczać prawdziwą miłość, bo zaczynamy widzieć, jacy naprawdę jesteśmy. Rozczarowania pojawiają się dlatego, bo tyle mieliśmy oczekiwań na początku. Peggy Rowe Ward and Larry Ward porównuje relacje do dwóch ogrodów, które są ze sobą połączone – jeżeli nie zadbamy o swój ogród, to wpłynie on na część wspólną, a możemy również zaśmiecić ogród partnera. I niezależnie od tego, jak piękny mamy ogród (ogrody), to cały czas on się zmienia, rozwija, cały czas potrzebujemy o niego dbać. Wardowie twierdzą też, iż warto zacząć od tego, co dla nas oznacza tak naprawdę miłość: jakie były nasze pierwsze związane z nią doświadczenia, jakie mamy skojarzenia, odczucia jej dotyczące, czego nauczyła nas na jej temat rodzina, kiedy używamy słowa „miłość”, a nawet jakie symbole, kolory, obrazy nam się z nią kojarzą. Warto też zastanowić się, czy nie porównujemy obecnej relacji do poprzednich, czy może nie załatwiliśmy czegoś z przeszłości.

Często, gdy czujemy coś trudnego, możemy przeżywać różne formy piekła, również w naszej relacji. W buddyjskiej kosmologii mówi się o zimnych i ciepłych piekłach, czyli o tzw. stanach umysłu. Zimne piekła to obojętność, ciepłe to złość. W zimnym piekle używamy lodowatego języka, możliwe, że jesteśmy sarkastyczni, mamy zimne spojrzenie, zauważamy błędy i niedociągnięcia naszego partnera, mamy też lodowate myśli („nie uda nam się”, „to nie ma sensu”, „lepiej mi będzie samemu”), nasze zachowanie też są zimne, bo odwracamy się od ukochanej osoby, od tego, co mogłoby wzmocnić relację. W przypadku gorącego piekła nasz język jest gorący, naładowany emocjami, może jesteśmy głośni, niezbyt umiejętnie siebie wyrażamy, jesteśmy pełni złości, obwiniamy drugą osobę, czujemy się niezrozumiani, pozbawieni nadziei. Nasze czyny też są gorące, może na coś wpadamy, coś niszczymy, robimy rzeczy, które podtrzymują nasz gniew. Warto wtedy zapytać się o to, co rozpuszcza to poczucie obojętności (może nawet zlodowacenia), co pozwala nam się rozluźnić? Albo też co pozwala nam zmniejszyć płomienie złości? Wardowie zalecają pewną praktykę w przypadku pojawiania się złości do naszego partnera: czując swoje ciało, wdychamy i wydychamy powietrze, następnie na wdechu i wydechu wyobrażamy sobie swoje ciało za sto lat. To samo robimy następnie (na wdechu i wydechu) wobec naszego partnera, wyobrażając sobie jej/jego ciało za sto lat, a potem siebie na łożu śmierci, a także swojego partnera. Taka perspektywa może czasem pomóc w odklejeniu się od obecnej intensywnej emocji. Jak pisze terapeutka Karen Kissel Wegela, emocja jest po prostu emocją, to, co się liczy to energia, która z niej płynie i którą można wykorzystać. Brzmieć to może trochę tajemniczo, ale chodzi o to, że każda emocja inaczej działa nawet na poziomie fizjologicznym (hormonalnym). Inaczej czujemy się i inną motywację mamy w przypadku smutku, a inną w przypadku złości.

Musimy czasem zabić fantazję na temat naszej relacji, bo inaczej ona może zabić nas. Zobaczyć, jaki nasz partner naprawdę jest. Kiedy partner nas drażni, bo na przykład ma dziwne (według nas) nawyki, warto jest wrócić do dobrych wspomnień, może nawet do historii poznania: jak to było po raz pierwszy zobaczyć tę osobę, co wtedy czuliśmy (w ciele, emocjach), jak to się stało, że się zakochaliśmy, jaka była nasza intencja. Przerwać ewolucyjny nawyk, pierwotnie bowiem łatwiej jest zawsze skupiać się na tym, co trudne, a nie pamiętać tego, co było dobre. Psychoterapeuta John Welwood opisuje sytuację, kiedy kobieta wraca do domu po bardzo stresującym dniu. W tym czasie jej partner postanowia wyrazić swoje uczucia w najbardziej intymny sposób. Gdy ona nie odpowiada tak, jak miał nadzieję, staje się ona uosobieniem wszystkich osób, które go ignorowały. Mówi coś zimnego i projektuje wszystkie poprzednie rany na swoją partnerkę. Ten moment „niekochania” traktujemy bardzo osobiście. Kiedy jesteśmy źli na bliską osobę, często chcemy ją ukarać: nie zwracamy na nią uwagi, nie używamy słów lub słowa te są ostre.

Jak pisze Welwood, fiksacja na drugiej osobie zabiera nas samemu sobie, zabiera nam własny grunt pod nogami. Nie powinno się liczyć na błogość i spełnienie poprzez innych. Spełnić się możemy jedynie sami. Czym innym jest potrzebować kogoś, a czymś innym mieć na jego punkcie obsesję. Samo pragnienie jest tylko pragnieniem. Jest w nim potencjał, ale też pewne zagrożenie, w zależności od tego, jak umiejeętnie (lub nie) będziemy w stanie je wykorzystać. Welwood zwraca uwagę na to, że najbardziej frustrującym aspektem relacji jest fakt, iż zawsze chcemy od niej więcej, niż może nam dać. Pasja dla nieskończoności, jak mawiał Kiergegaard. Szukanie doskonałej miłości w niedoskonałych relacjach. Niedoskonałych, bo każdy z nas jest człowiekiem, ze swoim bagażem doświadczeń, emocji. Welwood pisze: „..potrzebujemy uszanować doświadczenie swoje i partnera, różnice pomiędzy nami, czując surowość faktu, że nigdy nie uda nam się w pełni przezwyciężyć naszej samotności i podzielić się naszym światem z drugą osobą”. Może być wiele rozczarowań, które odkryjemy, poznając naszego partnera, ale warto siebie zapytać, jakie cechy naprawdę doceniamy w swoim partnerze? Jakie cechy nam przeszkadzają? Popatrzmy na obie listy – może się okazać, że pewne cechy idą razem w parze. Nasz partner może być wytrwały, co jednak czasem może oznaczać upór. Są momenty, kiedy nic nie wygląda tak, jak trzeba. Według nas partner nie zachowuje się, jak należy, nie mówi, jak należy, nie wygląda jak należy. Wszystko nas w nim irytuje. Może wtedy łatwo dojść do kłótni. Sztormy jednak przychodzą i odchodzą. To, co jest ważne, to to, jak się ze sobą wtedy komunikujemy, bo to, w jaki sposób wyrażaliśmy siebie w tych trudnych chwilach, może objawiać się w różnych sytuacjach jeszcze wiele lat później. Czy chcemy mieć zawsze rację w naszej relacji? Jeżeli tak, to trudno nam będzie być w jakiejkolwiek relacji. I tak naprawdę nie jest ważne, czy mamy rację. Jakby to było, gdybyśmy uważali naszego partnera za przyjaciela? Czy traktowalibyśmy go w ten sam sposób?

Warto też zastanowić się nad tym, co może wzmocnić naszą relację. Autentyczność jest jednym z aspektów, który liczy się w dobrej relacji – autentyczność w komunikacji z partnerem i odczuwaniu swoich emocji. Może się zdarzyć, że komunikujemy się z naszym partnerem, ale nie jesteśmy wcale autentyczni. Używamy słów, ale ich nie czujemy, może przyjmujemy nawet jakiś sztuczny sposób mówienia, ton głosu. Jeżeli znamy siebie samą/samego na tyle, żeby zauważyć brak swojej autentyczności, to warto zapytać się, czemu tak jest, czy się przed czymś bronimy, przed jakąś emocję, czegoś się obawiamy. Czasami chcemy się wsłuchać w siebie, poczuć to, co jest prawdziwe, ale pojawiają się sprzeczne komunikaty. Warto wziąć pod uwagę fakt, że nie chodzi tylko o tymczasowe spełnienie potrzeby, ale o dalszą perspektywę. Tutaj chodzi o kontekst całego naszego wspólnego życia.

Para znanych terapeutów amerykańskich Gottmanów twierdzi, że zadowolone pary wyrażają więcej czułości i życzliwości wobec siebie (w porównaniu z parami, które są mniej zadowolone). Te akty życzliwości mogą np. dotyczyć uczestniczenia w spotkaniach ze znajomymi czy rodziną partnera, które nie są przez nas zbytnio lubiane. Może to wymagać robienia czegoś, na co nie mamy ochoty.

Akceptacja i empatia to kolejne ważne elementy. Czy akceptujemy naszego partnera? Może denerwują nas jej/jego nawyki: że rozrzuca wszędzie swoje rzeczy, zostawia otwarty szampon, nie chce się kochać każdego dnia tygodnia, ogląda za dużo telewizji. W relacji nie musimy mieć zawsze tych samych uczuć, chociaż taka może być nasza romantyczna idea: żeby nasz partner zawsze czuł to, co my. To jednak nie jest dojrzała relacja, ale jej „harlequinowa” wersja. Terapeuci Walser i Westrup zwracają uwagę na fakt, iż nie zawsze musimy wszystko rozumieć np. różne dziwactwa naszego partnera i podają przykład z... rolką papieru: partnerka nie była w stanie zrozumieć, dlaczego jej partner nie wkładał nowej rolki na swoje miejsce i kładł ją byle gdzie. Miała wybór albo to zaakceptować i sama włożyć rolkę lub też nie. Warto zastanowić się nad własnymi dziwactwami.

Uwaga też może być jednym z podstawowych narzędzi wspierających relację. Niektórzy nawet twierdzą, że ona sama w sobie jest miłością, ale i z uwagą należy obchodzić się umiejętnie. Jeżeli nie ma uwagi, to nie będzie relacji. Jednak jeżeli jest jej zbyt dużo, może to oznaczać fiksację na relacji.Ważne, żeby miłość nie skupiała się na sobie samej, bo wtedy jest jedynie wyrazem fiksacji. Co nasza relacja może dać światu? Nasza relacja nie jest tylko dla nas, dla naszego partnera, ale także dla świata. Paradoksalnie takie pytanie, odejście od skupienia jedynie na sobie samym (czy samych) i odpowiednie działanie może pomóc również nam i naszej relacji. John Welwood definiuje miłość jako „intensywną mieszankę otwartości i ciepła, która pozwala nam nawiązać prawdziwy kontakt, cieszyć się i doceniać, być w jedności z samym sobą, innymi oraz samym życiem”.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...