O autorze
Ukończyła psychologię kliniczną w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Szkoliła się i szkoli w nurcie psychoterapii integracyjnej u Richarda Erskine’a, ucznia m.in. Fritza Perlsa. Superwizuje się m.in. u Christophera Germera (Harvard Medical School). Współorganizowała międzynarodowe konferencje (m.in. 1st Conference on Practical Application of Buddhism in Western Psychology. Mindfulness: Theory and Practice), współtwórca Polskiego Towarzystwa Mindfulness. Jest dyrektorem The Mind Institute (www.mindinstitute.com.pl), gdzie prowadzi 8-tygodniowe treningi uważności (Mindfulness) na bazie programu MBSR (Mindfulness-Based Stress Reduction) Stress Reduction Clinic University of Massachusetts Medical School oraz 8-tygodniowe treningi współczucia wobec siebie samego (Self-Compassion). Pracowała w Szpitalu Specjalistycznym MSWiA w Otwocku (Oddział Leczenia Zaburzeń Nerwicowych). Interesuje się nurtem integracyjnym w psychoterapii, psychologią antenatalną/maternologią, zespołami uwarunkowymi kulturowo (ang. culture-bound syndromes), terapią Morita i Naikan, uważnością, współczuciem oraz możliwością łączenia wschodnich technik ze współczesną psychologią zachodu. Poza psychologią interesuje się lingwistyką, językami obcymi oraz poezją. Doktorantka University of Derby.

O współczuciu i życzliwości

W czasach rozkwitającego narcyzmu i obligatoryjnego skupiania uwagi na sobie propagowanie ideei współczucia wydaje się perswersyjne i nieuzasadnione społecznie, ale to właśnie współczucie może być tą ideą i narzędziem, która uratuje nas przed społecznymi zawirowaniami i... przed samym sobą.

Wiele się ostatnio mówi o uważności, ale przy okazji zapomina się o jednym z ważniejszych jej aspektów – współczuciu i życzliwości. Uważność bez współczucia jest bowiem uważnością snajpera: umiejętnością skupiania uwagi (na ofierze), z otwartością i bez ocenienia (bo przecież wszystko jedno, kto ofiarą jest). Brakuje tu jednak elementu życzliwości, dobrej intencji wobec siebie i drugiej istoty. Bez tego praktyka uważności jest praktyką mechaniczną, a wręcz narcystyczną. Potrzebujemy zacząć od siebie samego, ale jeżeli tam zakończymy naszą pracę, to możemy ponownie wrócić do zafiksowania nad samym sobą. To będzie jedynie powierzchowną formą autoterapii, pozornie lepszym tuszowaniem trudności niż picie alkoholu, ale w rzeczy samej – tym samym. Będzie to przesadne przenoszenie całej odpowiedzialności na jednostkę – tak, bardzo wiele zależy od nas samych i dlatego praktujemy, ale nie żyjemy w próżni społecznej. Potrzebna zatem zawsze jest w naszej praktyce życzliwa i współczująca intencja – wobec siebie, ale także wobec innych. Nie musimy tego od razu czuć, chodzi o sam akt powracania do tej intencji, próbowanie, kultywowanie, a z czasem możemy poczuć się inaczej i pojawiają sie zmiany. Intencja nadaje kierunek – w praktyce nie chodzi tylko o to, żeby nauczyć się być z trudnościami (niezależnie od tego, czy to są emocje, myśli, doznania w ciele czy inni ludzie), ale chodzi o to, w jaki sposób z tym jesteśmy.



Samo słowo „współczucie” wywołuje już różne skojrzenia, emocje: np. że oznacza słabość, litość, zgadzanie się na wszystko, zawsze bycie miłym. Jednak współczucie, którym ostatnio tak żywo interesuje się nauka nie ma nic z tym wspólnego. To już Darwin mówił o przetrwaniu najbardziej życzliwych (to inny naukowiec tej epoki, Herbert Spencer, wymyślił termin „przetrwanie najsilniejszych”). To najsilniejsze jednostki bowiem są współczujące, przykładem tu posłużyć może Nelson Mandela, który spędził wiele lat w więzieniu, ale potrafił rozmawiać z osobami, które go tam umieściły. Polski przykład to Janusz Korczak. Według definicji J.Ś. Dalajlamy „współczucie to wrażliwość na cierpieni swoje i/lub innych istot z jednoczesnym głębokim zaangażowaniem (zobowiązaniem) w celu zmniejszenia i zapobiegania temu cierpnieniu”. Mamy zatem tu do czynienia z dwoma różnymi umiętnościami: tym, w jaki sposób potrafimy być z trudnością w naszym życiu oraz mądrością wyboru odpowiedniego zachowania w celu zmniejszenia tego cierpienia. Żeby być współczującym potrzebujemy mieć odwagę i siłę bycia z tym, co trudne, ale także mądrość wynikająca z faktu, że wiemy, jak trudne jest życie ludzkie, że żaden człowiek nie wybrał sobie swojego ciała, umysłu, genów, rodziny, a zatem to nie jest jego wina. To nie jest nasza wina. Ale jest to nasza odpowiedzialność i zgodnie z definicją współczucia, którą się tutaj posługujemy – dedukujemy nasze życie, żeby zniwelować nasze cierpienie i cierpienie innych.

W podejściu współczucia mówimy o trzech przepływach współczucia: wspołczuciu wobec siebie samego, umiejętności brania współczucia od innych, a także wspołczuciu, które potrafimy dać innym. Zaczynamy od współczuciw wobec siebie samego (ang. self-compassion) i według profesor Kristin Neff, składa się ono z kilku ważnych elementów: dobroci wobec siebie samego, uważności, poczucia wspólnego człowieczeństwa. Dobroć oznacza umiejętność wybaczania sobie swoich błędów, słabości. Uważność to umiejętność zatrzymania się, zobaczenia, co dzieje się we mnie, co dzieje się wokół mnie. Natomiast poczucie wspólnego człowieczeństwa oznacza, że wiele doświadczeń dzielimy z milionami innych istot. To współczucie wobec siebie samego nie oznacza, że sobie odpuszczam, że mi nie zależy, że zgadzam się na zastałą rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, jest aktywne, skłaniające do aktywnego poszukiwania rozwiązań niwelujących nasze cierpienie (ból, dyskomfort, niezadowolenie, lęk, smutek, to wszystko, co trudne fizycznie i emocjonalnie). To poprzez współczucie możemy „przeorganizować” nasze umysły (których sobie nie wybraliśmy). Uważność niejako służebnie w tym pomaga, bo dzięki niej możemy w ogóle uświadomić sobie, co się dzieje (według profesora Paul Gilberta uważność i współczucie powinny być traktowane jako dwa oddzielne procesy). Także ze wstępnych badań wynika, że choć jest pewna część wspólna obydwu tych praktyk, to w różny sposób wpływają na nasz mózg. I tak samo jak na siłowni nie powinniśmy ćwiczyć tylko pewnej partii mięśni, tak samo powinniśmy w swojej praktyce kultywować obydwie te umiejętności.

Jak zacząć praktykować współczucie wobec siebie samego? Zacznij od zauważenia, co robisz w sytuacji stresu, w sytuacjach trudnych: kiedy stoisz w korku, kłócisz się z partnerem, czujesz się chory. Czy krytykujesz siebie? A może jesteś zły na los? Innych? Wtedy właśnie życz sobie tego, co dobre, co życzliwe, nawet jeżeli na razie czujesz się zupełnie inaczej. Życz sobie zdrowia, nawet gdy jesteś chory, życz sobie spokoju, choć czujesz niepokój. Nie zaprzeczaj faktom, nie cukruj rzeczywistości, ale zasiewaj w sobie dobrą intencję, a ona zmniejszy twój ból, choć ból może dalej być obecny.

Kolejnym krokiem będzie skupienie się na tej dobrej intencji również wobec innych istot, począwszy od osób nam najbliższych, nieznajomych, a z czasem nawet na tych osobach, które przysparzają nam trudności.

Obyśmy byli bezpieczni;
Obyśmy byli zdrowi;
Obyśmy byli spokojni;
Oby nasze życie pozbawione było cierpienia.


Artykuł ukazał się w magazynie JOGA nr 19

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

Trwa ładowanie komentarzy...