Samotność nie jest zawsze zła

„Bez swoich rekwizytów stajemy twarzą w twarz z samym sobą, osobą, której nie znamy, działającym nam na nerwy obcym, z którym przez cały czas żyliśmy, ale którego nigdy nie chcieliśmy poznać. Czy nie dlatego próbowaliśmy wypełnić każdy moment hałasem i aktywnością, jakkolwiek nudną czy trywialną, żeby mieć pewność, że nigdy nie będziemy sami w ciszy z tym obcym?” – Sogjal Rinpocze

Samotność, cisza kojarzy nam się z nicością, nieistnieniem, pustką. Tymczasem samotność to zwiększanie otwartości, poczucia przestrzeni, to uczenie się odwagi. Odwagi, która będzie nam wszystkim potrzebna nie tylko w życiu, ale i w śmierci. Doświadczenie samotności w życiu jest bowiem przygotowaniem do ostatecznego odejścia. Warto jednak także pamiętać, że samotność pomoże nam również inaczej doświadczać życia i emocji z nim związanych. Pojawia się nuda, złość, smutek, radość, a my uczymy się z tym być. Jak pisze psychoterapeutka Karen Kissel Wegela: „…możemy być znudzeni i nie zwariować”. Poprzez ciszę zwiększamy poczucie przestrzeni w sobie. Klasycznym porównaniem jest tutaj niebo – nasz umysł jest niczym niebo, przestrzenny, i choć ciągle coś się na nim pojawia, chmury, słońce, to jednak niebo pozostaje tym samym. Nie jest puste.


Samotność na poziomie słowa i dźwięku, czyli cisza, pozwala nam się przyjrzeć sobie samemu. Co czuję, jak myślę, jakie mam oceny, przekonania, schematy, jakie są moje reakcje. Jakie są moje intencje? Co dzieje się we mnie, gdy nie zagaduję życia, nie zakrywam swoich odczuć kolejnymi czynnościami, rozmowami, gdy nie ma bliskich wokół mnie? Jak to jest być, kiedy aktywności ani inni ludzie nas nie rozpraszają?

Samotność jest formą bycia bez udawania. Możemy w niej nagle odnaleźć swój lęk, smutek, pragnienia. Daje nam to wolność nieuciekania od tego, co trudne. Wolność bycia z tym wszystkim, co się pojawia. I każda emocja, która się pojawia, czegoś nas uczy, jeżeli podejdziemy do niej umiejętnie, bez lgnięcia. Smutek na przykład jest stanem, który może pozwolić nam zwolnić, przestajemy tak mocno trzymać się naszych wzorców, rozluźniamy je.

Należy odróżnić samotność od poczucia osamotnienia, choć często na samym początku, gdy znajdziemy się sami lub po prostu w ciszy, to natychmiast czujemy się opuszczeni, nieszczęśliwi, jak na bezludnej wyspie. Pojawiają się różne pragnienia. Nie chodzi o to, żeby uciec z życia niczym w japońskim zjawisku hikikomori, kiedy ludzie wycofują się ze społecznych kontaktów, żyjąc w izolacji w swoich domach, nigdy lub prawie nigdy z nich nie wychodząc. Chodzi o to, żeby przybliżyć się do samego siebie. Jaka jest moja tożsamość, gdy na jakiś czas pozbywam się aktywności, tytułów, kart kredytowych, przyjaciół, pracy? Jak to jest nie być przywiązanym do tego, co miłe i bez niechęci wobec tego, co trudne? Chaim Potok napisał kiedyś: „Zacząłem zdawać sprawę z tego, że można słuchać ciszy i uczyć się od niej. Ma swoją własną jakość i różne wymiary”.

Często nie poddajemy się samotności czy ciszy, bo uważamy, że nie mamy czasu, że mamy tyle ważnych rzeczy do zrobienia. Prawda jednak jest taka, że nie mamy czasu, żeby od niej uciekać. Nawet jeżeli całe życie „z sukcesem” uda nam się uciekać od własnych emocji, to w chwili śmierci przyjdzie nam się z nimi skonfrontować. Często nadmierna aktywność jest tylko inną formą lenistwa. Lenistwo to polega na tym, że nie chcemy stanąć twarzą w twarz z tym, co ważne. Tybetański nauczyciel medytacji Sogjal Rinpocze nazywa to „aktywnym lenistwem”.

Samotność, cisza, bezruch przygotowują nas do pracy nad własnym umysłem. Jak mówi Khandro Rinpocze „przestajemy wtedy uganiać się za kolejnymi mirażami”. I zostajemy z tym, co jest w nas i wokół nas.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?

ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj